Blog założył i prowadzi Andreas Faust w celu znalezienia ujścia dla swej pasji grafomaństwa.
Blog > Komentarze do wpisu

Rozdział 37, w którym nie mam drobnych, ale za to jest nawiązanie do rozdziału 36.

Gdybym za każdym razem, kiedy słyszę „czy nie pan drobnych?” dostawałabym złotówkę, to dziś miałbym już piękną willę z basenem oraz harem nastoletnich (pełnoletnich!) nałożnic. Nie wiem, czy jest coś bardziej irytującego od porannej mantry, jaką serwują mi panie i panowie sprzedający w sklepach spożywczych i salonikach prasowych*. Zastanawiam się tylko nad jednym. Nurtuje mnie kiedy lobby sklepikarzy – o przepraszam – handlowców zacznie zbierać podpisy pod obywatelskim projektem ustawy, który wprowadzałby wymóg płacenia nominałami mniejszymi niż 10zł. Chyba, że w całej tej sprawie wcale nie chodzi o to by złapać króliczka, ale wytrwale go gonić.

Przecież – tak na chłopską logikę – gdyby sprzedawcy istotnie chcieli rozwiązać problem braku drobnych, to nic prostszego niż zadbać by w kasie sklepowej (lub u kierownika w szufladzie na zapleczu) było zawsze 500zł drobnymi monetami. Każdy bank prowadzi usługę polegającą na rozmienianiu większych nominałów na mniejsze, więc wystarczy, że właściciel sklepu co jakiś czas ruszy swój szanowny tyłek i wymieni trochę banknotów. Proste? No, niby proste, ale może chodzi o to by tego nie zmieniać, czyli nadal gonić króliczka?

Tak, coraz bardziej jestem przekonany, że chodzi po prostu o to by wkurwiać klientów. Celowo nie użyłem słowa zdenerwować, bo jeśli sytuacja powtarza się niemal każdego dnia to… sami rozumiecie. Ale skoro taki jest cel, to może zamiast zwalczać zmowy cenowe, rząd powinien zająć się całkiem na poważnie zmową mającą na celu systematyczne wkurwianie klientów sklepów spożywczych? I to nie jest wcale żart!

Przecież wyprowadzony z równowagi człowiek narażony jest na najróżniejsze straszne rzeczy. Począwszy od wylewów, zawałów a skończywszy na braku odpowiedniej koncentracji, co doprowadzić może np. do wypadku drogowego. Idzie sobie spokojnie taki statystyczny Kowalski do pracy w kapitalistycznej fabryce. Po drodze wchodzi do sklepu by kupić cos na śniadanie a tu znów słyszy znajome skrzeczenie: a nie ma pan drobnych? Zważywszy, że to już piątek i Kowalski słyszał znajome zdanie co najmniej cztery razy w tym samym tygodniu, to krew go nagła zalewa. W tym stanie dociera do fabryki i z powodu roztrzęsienia doprowadza do awarii maszyny a na dodatek traci palec w jej trybach.

Albo: idzie sobie statystyczny urzędnik Kowalski do pracy w cudownym biurze jakich pełno w III RP. A tu nagle sytuacja z drobnymi i oczywiście raptowny skok ciśnienia. W efekcie w pracy Kowalski jest rozkojarzony – gubi dokumenty, popełnia straszliwe błędy a w końcu uszkadza służbowy komputer zalewając go urzędniczą kawą.

Panie premierze, czy tym nie warto się zająć w roku wyborczym?

Wszystko to napisałem z prostego powodu. Otóż, po ostatnim oddziale oberwało mi się od kilku czytelników, którzy oznajmili, że czepiam się głupot i najwyraźniej to wszystko z nudy oraz wrodzonej upierdliwości. Podobno zajmuję się pierdołami, które dla nikogo innego nie mają znaczenia i ciągle piszę o psich kupach. W związku z tym chciałem jakoś się usprawiedliwić pokazując, że sprawy na pozór błahe mogą prowadzić w konsekwencji do poważnych następstw. Widzieliście film Joela Schumachera pod tytułem „Upadek” („Falling Down”) z 1993 roku? Jeśli tak to doskonale rozumiecie o co chodzi.

I jeszcze jedna uwaga – zdaję sobie sprawę z tego, że przechowanie w zamrażalniku bochenka chleba (tak w razie czego) ma swoją długą tradycję. Moja babcia trzymała zawsze zapas mąki i cukru, bo była przekonana, że niemieccy rewanżyści rozpętają wojnę (jak nie dziś to jutro). Na szczęście dziś już zagrożeniem nie jest wojna a tylko chwilowe braki w osiedlowym sklepiku.

 

*Salonik prasowy – dawniej kiosk Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej "Prasa Książka Ruch.

 Ilustracja nr 1

czwartek, 12 maja 2011, andreas_faust

Polecane wpisy