Blog założył i prowadzi Andreas Faust w celu znalezienia ujścia dla swej pasji grafomaństwa.
Blog > Komentarze do wpisu

Rozdział 58, w którym nauczyciele pracują po polsku, czego OECD nie rozumie.

Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), która skupia 34 najlepiej rozwinięte państwa świata ma takie dziwne zajęcia, jak na przykład pisane raportów na przeróżne tematy. We wrześniu światło dzienne ujrzał dokument zatytułowany "Education at a Glance 2011" i w Polsce zawrzało. Poszło o to, że z raportu wynika, iż nauczyciele w Kajach Unii Europejskiej pracują średnio 779 godzin w roku. Wyliczenia dla naszych belfrów dają liczbę zupełnie inną, bo tylko 489 godzin. W raporcie uwzględniono tylko i jedynie te godziny, które nauczyciel spędza w szkole – trzeba o tym koniecznie pamiętać czytając ciąg dalszy moich grafomańskich wywodów.

W rodzimych mediach podniósł się jęk, bo z dokumentu OECD wynika, że nawet w bankrutującej Grecji nauczyciele pracują o 20% więcej niż w naszej kochanej III RP. Związek Nauczycielstwa Polskiego rozdarł szaty nad krzywdą, jaką wyrządzono pedagogom. Argumenty poszły w jednym, przewidywalnym kierunku. Cóż z tego – pytali fachowcy z ZNP – że amerykańscy nauczyciele spędzają w szkole średnio tysiąc godzin rocznie na zajęciach lekcyjnych i pozalekcyjnych, skoro nasi tyrają we własnych domach? Cóż z tego, że polski nauczyciel zamiast 40 godzin tygodniowo pracuje 18, skoro tyle gwarantuje mu słynna Karta Nauczyciela? A gwarantuje mu, bo przecież każdy belfer przychodzi ze szkoły do domu i tam pracuje jak przysłowiowa mróweczka. Prawda? Ano, gówno prawda.

Czy komuś się to podoba, czy nie – nauczyciel nauczycielowi nie jest równy. A właściwie przedmiot przedmiotowi nie jest. Jeśli ktoś chce mi wmówić, że pan od WF przychodzi ze szkoły do domu i zawzięcie trenuje oraz przygotowuje kolejne materiały na lekcje, to przepraszam, ale ja się nabrać nie dam. Pani od plastyki zapewne całe godziny ocenia w domu prace uczniów i sama maluje przepiękne pejzaże, a za to pani od muzyki odsłuchuje nagrania poczynione na lekcjach i ocenia, czy Jaś Kowalski opanował już trudną sztukę gry na fujarce, czy też należy jeszcze popracować nad tym opornym uczniem.

Zresztą z innymi lekcjami też jest różnie, bo wszystko tak naprawdę zależy od samego nauczyciela, a ten jest tylko i wyłącznie człowiekiem. Dlatego jeden będzie bardziej kreatyny i ambitny a drugi za to leniwy, gnuśny oraz pozbawiony chęci do wszelkiej dodatkowej pracy. Zdarzają się też tacy, którzy cały czas korzystają ze swoich notatek poczynionych na studiach oraz co najwyżej ściągają coś (od czasu do czasu) z Internetu. Ale są również inni, którzy naprawdę wkładają dużo pracy w dokształcanie i przygotowywanie czegoś autorskiego na zajęcia. Tylko, że nikt nie podjął się zmierzenia proporcji leniwych i mało ambitnych do tych prawdziwych, jak to się kiedyś mówiło „z powołaniem”. Sam ZNP nie wpadł na to by jakimiś statystykami w tej kwestii się pochwalić, ale nie przeszkadzało mu to krytykować raport OECD skupiający się na rozliczaniu godzin pracy w szkole.

Cóż, nie miałbym nic przeciwko temu, aby ZNP bronił belfrów tłumacząc, że trzeba po prostu zlikwidować Kartę i skończą się zarzuty. Odejście od przywilejów do normalnego trybu jaki przewiduje kodeks pracy byłoby przecież rozwiązaniem logicznym i nowoczesnym W takim przypadku każdy nauczyciel spędzałby tygodniowo 40 godzin w szkole, więc sprawa byłaby prosta i oczywista.

Byłby też inne plusy, bo zapewne dyrektorzy szkół, zaraz po likwidacji Karty, zasypani zostaliby prośbami o możliwość prowadzenia zajęć pozalekcyjnych. Nie byłoby też kłopotu z zapewnieniem pracy w ferie i wakacje, bo wystarczyłoby wprowadzić w szkołach zajęcia wyrównawcze dla uczniów, które jednocześnie dawałby nauczycielom możliwość wyrobienia kodeksowych 40 godzin w tygodniu. Zresztą ten pomysł zapewne zachwyciłby rodziców, którzy zamiast wydawać krocie na korepetycje, zapisywaliby posyłaliby dzieciaka na takie właśnie zajęcia w ferie oraz wakacje. Tak, wiem – ten pomysł nie zachwyciłby nauczycieli, którzy dziś dorabiają korepetycjami, ale jak to w dorosłym życiu: coś za coś.

Zapewne likwidacja Karty nie każdego nauczyciela przekonałaby do bardziej intensywnej pracy. Tak jak już wspomniałem – w każdym zawodzie są tacy, których nawet batem nie zmusi się do nadmiernego wysiłku. czyli kto by dodatkowych godzin nie chciał, to wracałby sobie do domu – tak jak to czyni teraz – by zasiadać przed rosołkiem i kolejnym odcinkiem ulubionego serialu. W końcu nikt nikogo do nadgodzin nie zmusza.

Sam rozmawiałem z młodymi nauczycielami, którzy otwarcie mówią, że są za likwidacją karty i normalnym zatrudnieniem na warunkach kodeksu pracy. Dziś każda prośba o urlop poza czasem wakacji i ferii to jest droga przez mękę. W dodatku ciągle wysłuchują od ludzi o tym, jak każdy zazdrości tychże wakacji. Tymczasem niewielu zazdrosnych obywateli wie, że przywilejów bronią przede wszystkim stare kadry. Młodzi nauczyciele wcale nie są takimi entuzjastami Karty i jej zapisów. Chętnie zmieniliby wiele w tym jak ten zawód jest wykonywany i na jakich warunkach. Ci ludzie nie boją się pracy i mają dość zarzutów o lenistwo i pasożytowanie na budżecie. Ale kto ich słucha?

Tymczasem tuzy z ZNP uderzyły w płaczliwie tony i oczywiście poruszono sprawę finansów! Ze zdumieniem wysłuchałem argumentów o tym, że przy tak niskich pensjach ktoś śmie jeszcze żądać od belfrów większej liczby przepracowanych godzin! Cóż, sygnał ze strony ZNP był jasny i czytelny – mamy swoje przywileje i odczepcie się od nas. A jak się nie podoba to dajcie większe pieniądze i wtedy zaczniemy jakąś rozmowę. Ciekawi mnie tylko, czy każdy dający korepetycje zgłasza to do Urzędu Skarbowego, a skoro bierze za te lekcje pieniądze, to czy wlicza to sobie do tej „szkolnej” pracy w domu? Ale to już inny temat.

Generalnie sprawa żyła w mediach przez dzień, czy dwa by później zniknąć. Niby ministerstwo miało przygotowywać swoją odpowiedź na raport OECD, niby miało to być wspaniałe odparcie argumentów, ale później przyszły wybory i media skierowały kamery oraz mikrofony w inną stronę.

Wszystko przyszło mi do głowy, gdy przypomniałem sobie, że właśnie mamy rocznicę bitwy pod Lenino. Tak mi jakoś w podstawówce wbili w głowę, że mniej więcej w tym samym czasie był tzw. Dzień Nauczyciela, więc skojarzenia pozostały. A do tego doszła przecież jeszcze dyskusja o drugiej fali kryzysu, która rzekomo nas czeka. Podobno nasz nowy rząd ma zając się szukaniem oszczędności w celu ratowania budżetu. Czy premier będzie miał tyle odwagi by poruszyć temat wydatków na oświatę w kontekście raportu OECD? Na razie zapowiedział przynajmniej tyle, że dotychczasowa minister nie będzie dłużej zasiadała na tym zaszczytnym fotelu. Nazwiska pani minister nie wymieniam, bo naprawdę nie warto. Ja zapamiętam ją tylko z jednej kwestii tzn. była nieobecna na 94 procent posiedzeń Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży.

 

 

czwartek, 13 października 2011, andreas_faust

Polecane wpisy