Blog założył i prowadzi Andreas Faust w celu znalezienia ujścia dla swej pasji grafomaństwa.
Blog > Komentarze do wpisu

Rozdział 115, w którym postapokalipsa straszy potworem z horroru klasy „C”.

Pierwszy wpis w tym roku i w założeniu miało być o czyś poważnym, ale niestety (lub stety) nie będzie. Tak się bowiem stało, że w ramach odpoczynku umysłowego sięgnąłem po książkę zatytułowaną „Ołowiany świt” i naszły mnie pewne wątpliwości oraz przemyślenia, o których będzie poniżej.

Zaznaczam od razu, że uwielbiam książki o tematyce post apokaliptycznej, ale z większością z nich mam poważny problem – wydają mi się całkowicie nieprawdopodobne. A przecież w tej tematyce jest zupełnie podobnie, jak na przykład w kryminałach – tym większa frajda z czytania im scenariusz bardziej prawdopodobny. Tymczasem najczęściej trafiam na książki przepełnione dziwadłami, które robią wrażenie zupełnie odwrotne od zamierzonego, czyli nie straszą, a zwyczajnie nudzą (czasem nawet śmieszą). A przecież sensem tworzenia literatury tego gatunku jest wywołać u ludzi lęk przed tym co może się naprawdę zdarzyć w przyszłości oraz refleksję na temat tego, czy da się takiego scenariusza uniknąć. Część książek, które przeczytałem jakoś sobie z tym radzi, ale jednocześnie autorzy wpadają się cierpieć na chorobę zawodową polegającą na faszerowaniu fabuły dziwactwami, które powodują, iż po kilkudziesięciu stronach tracę zainteresowanie. Skoro post apokaliptyczny świat zaludniony jest istotami żywcem wyjętymi z wielce durnych horrorów, to trąci to wszystko fantastyką zbyt daleko posuniętą, infantylną i powoduje moje znudzenie. Doskonałym przykładem książki, na której się zupełnie zawiodłem jest „Ołowiany świt”, choć uczciwie trzeba przyznać, że żadna to post ani nawet pół apokalipsa. To tylko takie małe apokaliptyczne pierdniecie gdzieś w okolicy Czarnobyla. Tyle, że niby klimat miał być podobny i (niestety) jest.

Tajemnicze zjawiska pojawiające się w „zonie” jeszcze bym jakoś przełknął. Powstające w ich pobliżu tzw. artefakty może też. Ale okazuje się, że wszystko to nafaszerowane jest dodatkowo potworami, dziwadłami i diabli wiedzą czym, a dzielni stalkerzy chodzą sobie pomiędzy tym wszystkim na wypady krajoznawcze oraz handlowe. Strzelają i całkiem dobrze sobie dają radę, a najtwardszy z nich to oczywiście Polak. Nawet jeśli (tak dla przyzwoitości i podtrzymania atmosfery sennej grozy) autor jakiegoś stalkera ukatrupi, to akurat ten nasz gieroj wychodzi ze wszystkiego cało. Raz, że szczęście ma ogromne, rozum nie od parady, to jeszcze w razie poważniejszych uszczerbków zdrowia posmaruje połamane żebra tzw. artefaktem i już może na weselu skakać. Kupy się to nie trzyma i rozczarowanie przy tym wielkie. Tym bardziej, że wszędzie poza zoną świat jest całkowicie niezmieniony i tak naprawdę gdyby ktoś z władz zechciał to by cały ten obszar zlał napalmem i tyle. No, ale wtedy dzielni stalkerzy nie mieliby gdzie realizować swojego powołania, od którego – i to jest chyba najśmieszniejsze – zawsze mogą wziąć urlop. Tak to jest wymyślone, że jak im się szwendanie po zonie znudzi, to mogą spokojnie pojechać np. do Galerii Mokotów na zakupy.

Dobrze, że istnieje uniwersum Metra 2033, choć i tu zdarzają się niezłe cyrki. Świat już w dwadzieścia lat po katastrofie zaludniają takie rzesze mutantów, iż nawet trudno sobie wyobrazić jak szybko się to całe piekielne towarzystwo rozmnażało (oraz z jaką skutecznością!). Żeby to chociaż były jakieś przerośnięte szczury, czy coś z tych rzeczy, ale skąd! Powstały całkiem nowe gatunki i gałęzie ewolucji, więc wygląda na to, że wielka katastrofa wyzwoliła jakiś niesamowity, diabelnie szybko działający, mechanizm w naturze. Agresywne to wszytko takie, że cud wielki, iż same się wzajemnie nie wyżerały, bo przecież zamieszkują obok siebie na powierzchni, a ludzi do zjadania nie ma. No, ale jakoś tak jest, że najbardziej im ta ludzina smakuje i nie ma zmiłuj. Jakby tego było mało to ludzie żyją sobie w tym całkiem prawdziwym metrze (tych metrach) jakoś całkiem spokojnie. No, niby są tam wojny, zabójstwa, choroby i głód, ale wszystko to nie odbiega w zasadzie od tego co zobaczyć możemy na ulicach krajów trzeciego świata. Większość spraw jest poukładana i zaplanowana – ludzie mają rządy, wojsko, mają też swoją pracę, hodują zwierzątka na mięso (zagadka numer jeden – skąd świnie w metrze?), naprawiają co się da, prowadzą politykę i nawet eksperymenty medyczne. Słowem, trochę to wszystko zbyt przypudrowane, a na dodatek walutą nie jest bynajmniej ludzkie mięso, usługi seksualne, czy coś w tym guście, ale zwykłe naboje. No, jakaś logika w tym jest, ale równocześnie duża dawka optymizmu odnośnie zamkniętego świata ludzi i ich zachowania w tym labiryncie tuneli.

Uniwersum Merta 2033 ratuje książka „Korzenie niebios”, która pokazuje nam świat z perspektywy bohatera plączącego się po resztkach Włoch. Książka naprawdę dobra, choć i tu autor nie ustrzegł się pewnych przejaskrawień. Oczywiście mutanty też już się na dobre zadomowiły i spokojnie przejęły kontrolę nad światem. Znów dużo ich i wygląda na to, że całkiem są dobrze zorganizowane oraz nawet myślą. To – przyznaję z radością – największy wkład uniwersum Metra do całej tej post apokalipsy, czyli odpowiedź na pytanie „co też zastąpi człowieka?”. Okazuje się, iż autorzy optymistycznie zakładają, iż my – śladem dinozaurów – wyginiemy, a nasze miejsce zajmą istoty lepiej przygotowane do życia w toksycznym środowisku. Wcale jednak nie są to bezmyślne potwory, ale gatunki zupełnie nowe, które charakteryzują się tym, że potrafią całkiem udanie posługiwać się umysłem.

Jednak najlepsze co ostatnio czytałem to doskonała książka „O sekundę za późno”. Autor nie wysila się by tworzyć jakieś horrorowe scenariusze na temat tego co się stanie kiedy cywilizacja się sypie. On po prostu odpowiada na pytanie co się stanie z małym miasteczkiem po tym kiedy cały kraj został zaatakowany – w tym wypadku bombami EMP. I musze przyznać, że czyta się to świetnie, bo mamy tu wszystko jak na małym obrazku – przede wszystkim ludzką naturę, która ujawnia się w całej swojej szkaradności w szczególnie trudnych chwilach zagrożenia. Tu największy strach nie budzi przyczajony w mroku mutant, ale drugi człowiek, który jeszcze kilka dni wcześniej był miłym sąsiadem naszego bohatera. Nagle dowiadujemy się do czego można się posunąć, aby zdobyć pokarm, czy zapewnić sobie choć minimalnie większe szanse na przeżycie. Autor stawia przed nami lustro i pokazuje kim tak naprawdę jesteśmy – z jednej strony zwierzętami, które będą robić wszystko by przeżyć, ale z drugiej cywilizowanymi ludźmi, którzy – jeśli tylko zechcą – potrafią współpracować w celu udzielania sobie wzajemnej pomocy. I tylko od nas samych zależy jakiś wyborów dokonamy, choć oczywiście wszystko wokoło też ma wpływ na nasz los.

„O sekundę za późno” to książka, która mnie bardzo zaskoczyła i zmusiła do przemyśleń nad kruchością naszej cywilizacji. Niby to wszystko gdzieś tam jest w literaturze post apokaliptycznej, ale nie jest nigdzie tak klarowne i mocne. Tutaj aż bije po oczach i zmusza nas do tego, aby naprawdę się bać. Ilu z nas zastanawiało się nad tym co dzieje się w szpitalu pozbawionym przez kilka miesięcy prądu? Jak długo może funkcjonować? Ile dni zdołają utrzymać porządek w mieście czterej policjanci? Czy sąsiad jest zdolny do tego, aby okraść lub zabić sąsiada, aby móc wykarmić własną rodzinę? Co się dzieje z człowiekiem kiedy jest zupełnie bezradny wobec nadciągającego kataklizmu? Autor daje nam na te pytania odpowiedzi, ale czyni to w ten sposób, że sami zaczynamy stawiać się w miejscu bohaterów książki. Nagle dociera do nas główne przesłanie – nasza cywilizacja jest naprawdę krucha. Nie trzeba inwazji z kosmosu, atomowego holokaustu, czy wielkiej wojny biologicznej, bo wystarczy, że ktoś nam wyłączy prąd. A kiedy nauczone wygody społeczeństwo będzie musiało wrócić do warunków życia znanych z XVIII, czy XIX wieku to okaże się, że większość z nas umrze. Działa na wyobraźnię, prawda? U mnie przynajmniej tak i to sto razy bardziej niż opowieści o bohaterskich stalkerach spacerujących sobie po czarnożylskiej zonie w celu zdobywania kolejnych artefaktów (zupełnie jakby kogoś do napisania książki zainspirowała gra komputerowa w stylu Diablo…).

wtorek, 14 stycznia 2014, andreas_faust

Polecane wpisy