Blog założył i prowadzi Andreas Faust w celu znalezienia ujścia dla swej pasji grafomaństwa.
RSS
środa, 11 lutego 2015

Zbliżają się tzw. walentynki, więc skrzynki mailowe zapychają się od reklam w rodzaju „Kliknij i kup swojej ukochanej prezent!”, „Czy wiesz już czego pragnie twój facet?”, „Najlepsze pomysły na wyznanie miłości -  tylko u nas”. Musze jednak przyznać, że jedna z firm zaskoczyła mnie i zaintrygowała zachęcając, aby w związku z walentynkami zapewnić ukochanej osobie bezpieczeństwo. Do maila dołączony był link kierujący do sklepu z tzw. artykułami obronnymi. A co mi tam? Lubię wszelkie militaria, więc radośnie kliknąłem.

Mym zdziwionym oczom ukazała się oferta „obronnego” działu sklepu, która składała się z: gwizdka, pałki policyjnej i czegoś co przypominało długopis, a służyło bodaj do dźgania ewentualnego napastnika. W pierwszej chwili radośnie się uśmiałem, ale zaraz przyszło opamiętanie. Zdałem sobie sprawę w jak nienormalnym kraju przyszło mi żyć skoro chcąc zapewnić mej ukochanej bezpieczeństwo mogę podarować jej… gwizdek.

Zastanawiam się dlaczego tak się dzieje, że polskie prawo nie pozwala nam się bronić przed przestępcami w sposób nie tylko sensowny, ale też skuteczny? Owszem, wiem doskonale, że trafiłem na fatalny sklep, bo przecież mogę sobie kupić w wielu innych np. miecz, maczugę, łuk, kuszę, broń na proch czarny i pewnie jeszcze gwiazdki, którymi rzucają wojownicy nindża, ale każdy sąd i tak upomni mnie boleśnie, że nie są to artykuły przeznaczone do obrony, które mogę sobie nosić w kieszeni. Ba! Nawet broniąc się w swoim własnym domu nie mogę sięgnąć po swojską siekierę i rozłupać nią czaszki złodziejowi, bo polski sąd udowodni mi, że zastosowałem środki obrony niewspółmierne do zagrożenia. Wszak ów złodziej, któremu otworzyłem czaszkę przyszedł jedynie z małym nożykiem, a dodatku nie chciał mnie zabijać, a jedynie zabrać co cenniejsze przedmioty oraz gotówkę.

Dla mojego państwa jestem więc – wraz z innymi współobywatelami – kimś komu ufać nie można i lepiej nie dawać do ręki prawdziwej broni. Jednocześnie to samo państwo nie wymaga np. aby stuletni starzec, który prawo jazdy uzyskał w Ludowym Wojsku Polskim w czasach swej dawno minionej młodości, a który dziś niedowidzi, niedosłyszy (i nosi pieluchę), musiał badać się w celu zweryfikowania, czy istotnie może prowadzić pojazd mechaniczny. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby ów starzec wyjechał na polskie drogi – jeśli tylko ma auto oraz ochotę na przejażdżkę.

Tak się składa, że od kilku dni słucham sobie radosnych dyskusji o antyprzemocowej Konwencji Rady Europy, którą zajął się nasz cudowny parlament. Z jednej strony padają argumenty o otwartej drodze do przebierania chłopców w sukienki, a z drugiej radosne zapewnienia, że oto Polska już właściwie rozwiązała kwestię przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Obie strony zachowują się przy tym jakby zupełnie nie rozumiały o co w tym wszystkim chodzi, a na dodatek wierzyły w jakąś magię poselskiego głosowania. Jednak w ani jednej wypowiedzi ekspertów, dziennikarzy oraz polityków, którzy łzy rozlewają nad losem maltretowanych kobiet, nie usłyszałem słowa o tym, że powinny one mieć realne prawo i środki do obrony. Prawdziwej obrony, którą można byłoby zastosować już w chwili ataku! Nikt nie wspomniał o tym, że bita i gwałcona kobieta powinna w NORMALNYM kraju móc zareagować od razu np. strzelając w łeb, czy w jaja napastnikowi. Pomijam już taki szczegół, że za ów czyn należałoby wprowadzić specjalny medal przyznawany za odwagę oraz za to, że kobieta strzelając na trwale usunęła szkodnika ze społeczeństwa – do takich rozwiązań nasi politycy zupełnie nie dorośli. Ale czemu nikt w całej tej cholernej debacie nie wykrztusił z siebie słowa o tym, że obecnie taka kobieta może co najwyżej… wyjąć gwizdek i zagwizdać???

Cóż, gdybym był wredny i złośliwy to życzyłbym tym wszystkim przemądrzałym dziennikarzom, komentatorom, politykom oraz wszelkiej maści mędrcom, aby znaleźli się w takiej sytuacji kiedy to ktoś stosuje wobec nich brutalną przemoc. Niechby się wtedy zasłaniali konwencjami i wymachiwali kodeksem karnym kiedy ich ktoś bije oraz gwałci, a później pocieszyli się tym, że odpowiednie zapisy prawne dają im możliwość zgłosić się na policję oczekując sprawiedliwości. W zasadzie to jestem wredny i złośliwy, więc im tego serdecznie życzę – a co mi tam? Poza tym może mądrale będą mieli trochę szczęścia i zanim spełni się moje życzenie dostaną na 14 lutego piękny, błyszczący gwizdek? Niechby sobie pogwizdali radośnie do rytmu kiedy napastnik będzie ich lal wielką piąchą, a następnie używał w celu zaspokojenie chorych rząd seksualnych. A kiedy już wyjdą ze szpitala pozszywani tu i tam, to niech się dalej kłócą o spódniczki dla chłopców. Wesołych walentynek – tym z lewa i tym z prawa!

Tagi: Gwizdek
14:01, andreas_faust
Link
piątek, 06 lutego 2015

Samemu trudno mi w to uwierzyć, ale od ponad sześciu miesięcy nie napisałem żadnego nowego rozdziału. Właściwie to napisałem i to nawet kilka, ale wszystkie trafiły do szuflady. Odkładałem je „bo coś tam jeszcze poprawię” i tak przeleżały się biedne, tracąc całą swoją aktualność i stając się całkowicie zbędne. Nie da się z tych grafomańskich bazgrołów wyłowić niczego przydatnego, więc w 2015 roku czas na nowe, zupełnie świeżutkie rozdziały.

A co absorbowało moją uwagę tak bardzo, że nie miałem czasu dla bloga? Ano, szukanie pracy. Każdy kto próbował, ten doskonale wie, że samo pisanie (i nieustanne poprawienie) listów motywacyjnych zajmuje sporo czasu. Przede wszystkim trzeba starać się przekonać pracodawcę, aby zwrócił na nas uwagę. I tu zaczyna się pierwszy kłopot, bo przecież jakoś trzeba umotywować to, że chcemy całkowicie zmienić dotychczasowe zajęcie. Cóż więc napisać, aby nie wyjść na rozkapryszonego pieszczoszka, któremu się w głowie poprzewracało? Trudna sprawa.

Nie będę tu zdradzał czym kusiłem potencjalnych pracodawców, dość jeśli powiem, że czyniłem to na tyle nieumiejętnie, iż nadal pracy szukam. Nie ma się więc czym pochwalić i pozostaje mieć nadzieję, że rok 2015 będzie w tym względzie bardziej łaskawy. Tak w ogóle to miał to być rozdział właśnie o planach na ten rok, ale bardzo szybko zrozumiałem, że nie ma to wielkiego sensu. Wszak na poprzedni planowałem zmianę pracy i też niewiele z tego wyszło. Jeśli można coś przewidywać i planować to tylko najbliższą przyszłość.

Cóż więc czeka mnie już niebawem? Prawdopodobnie wraz z setkami, czy tysiącami samców zaciągnięty zostanę do kina. Moja cudowna żona widziała trailer filmu nakręconego na podstawie ksiązki Kelly Marcel pt. „50 twarzy Graya” i zapowiedziała mi, że trzeba to zobaczyć. Postanowiłem przygotować się na kinową karę i sam też obejrzałem wspomniany trailer. Siedziałem i oglądałem, a dominującym uczuciem, które mi towarzyszyło była ogromna radość z tego, że tak krótki był ten reklamowy filmik.

Po skończonej projekcji nadal boję się tegorocznych walentynek, gdy to cudo wejdzie do kin, a dziewczyny, narzeczone oraz żony zaciągną swych facetów na seanse, aby pokazać im coś co niby wyczytały w książce. Tyle, że my – widzowie posiadający penisy – i one, przeżywać będziemy prawdopodobnie straszliwie męki. My, ponieważ zapowiada się jeden z najnudniejszych filmów w historii, a one, bo za Chiny Ludowe nie zobaczą tego co przeczytały. Ale po kolei.

Otóż, trailery tak są zwykle robione, że wybiera się do nich najlepsze sceny z filmu, aby pobudzić nasz apetyt i dać złudną nadzieję, że kiedy już zasiądziemy w kinie to zobaczymy coś jeszcze lepszego. Oczywiście często rozczarowujemy się, bo okazuje się, że w zasadzie już w krótkiej reklamówce widzieliśmy to wszystko co najciekawsze (najbardziej spektakularne itp.). Jeśli ta zasada powtórzy się w przypadku „Graya”, a idę o zakład, że tak będzie, to czeka nas w kinie duuuużo ziewania. No, gdyby ktoś miał wątpliwości to przypomnę, że film zakwalifikowany został do gatunku „melodramatu”, więc miłośnicy figli i migli, którzy już ostrzyli sobie zęby na pikantne soft porno mogą spokojnie darować sobie kupno biletu.

Zresztą trailer nie zostawia nam żadnych wątpliwości i streszcza całą historię dość wiernie. Oto przez 3/4 tego mini filmiku obserwujemy narastanie napięcia między młodą dziennikarką, a równie młodym biznesmenem. Zapowiada się wiele elektryzujących momentów kiedy to wzrok pary będzie się potykał, dłonie zadrżą i w kolanach zrobi się miękko. Z tym, że pani sekretarka ma wygląd wystraszonej szarej myszki, która działa na męskie zmysły równie pobudzająco, jak na przykład rozmodlona starsza ciotka z ostrym zezem i wypadającym gęsto włosem. W roli uwodzicielskiego biznesmena obsadzono pana, który prezentuje się niczym boski żigolo z dyskoteki w Pierdziszewie Górnym i to z lat sześćdziesiątych (z tym, że nie ma złotego sygnetu z czarnym okiem, a przynajmniej ja nie zauważyłem). Tym samym obsada jest… jaka jest i przynajmniej ucięto wszelkie spekulacje rozgorączkowanych fanów, którzy już widzieli w głównych rolach same mega gwiazdy (w te znane z filmów porno).

Ale wróćmy do trailera, bo oto widzimy, że wszystko jest na dobrej drodze. Szara myszka i jej uwodzicielski Butthead już się poznali, zaiskrzyło, a właśnie mija 3/4 czasu filmu, więc pora na ostre sceny. I cóż? No, oczywiście rozczarowanie. Don Juan pokazuje swojej wybrance gadżety w rodzaju maski Zorro i szpicrutę, którą będzie miział po plecach. Aby narobić apetytu jest jeszcze króciutka niczym pasek renty scena z Szarą Myszką przywiązaną do jakiegoś łoża. I tyle. Koniec.

Tak to właśnie wygląda, a właściwie nie wygląda. Jest to niewątpliwie jeden z najgorszych, najbardziej nudnych i rozczarowujących trailerów, jakie miałem nieprzyjemność oglądać. A po wszystkim zadałem sobie pytanie – po co w ogóle to zrobiono? Jeśli film będzie taki, jak to prezentuje trailer, to przecież nie będzie różnił się od setek innych melodramatów okraszonych kilkoma scenami łóżkowymi zrobionymi w lepszym lub nieco gorszym stylu. Czy o to chodziło? Moim zdaniem nie.

Zadałem sobie trud i poszukałem w sieci wypowiedzi zwykłych ludzi, którzy w zeszłorocznych komentarzach do kolejnych newsów o powstającym filmie pisali o oczekiwaniach wobec niego. W żadnym, naprawdę żadnym komentarzu nie znalazłem śladu tego, aby ktoś oczekiwał ślamazarnego melodramatu pełnego iskrzących spojrzeń łączących kochanków. Cóż, nie trudno się domyślać, że ludzie (a kobiety w szczególności) oczekiwali możliwie jak najbardziej wiernego przeniesienia na ekran książki – tyle i aż tyle.

Owszem, widzowie oczekiwali na goliznę, na śmiałe sceny, bo chcieli na ekranie zobaczyć to wszystko co sprawiło, że słaba, grafomańska książka sprzedawała się tak doskonale. Czy tak trudno to zrozumieć? Chyba nie, ale być może świat filmu jest na tyle bojaźliwy i pozbawiony ludzi z talentem, że nie potrafi zrobić czegoś co pornosem jeszcze nie będzie, ale już na pewno czymś więcej niż erotykiem. A skoro tak, to po jaką cholerę próbować? Chyba tylko po to, aby zarobić na odcinaniu kuponów od tytułu.

Tym samym już w najbliższym czasie czeka mnie walentynkowe rozczarowanie kinowe, o ile żona się nie zlituje pozwalając mi zostać w domu. Jeśli tak będzie to obiecuję, że wykorzystam ten czas na napisanie kolejnego rozdziału. A na razie życzę wszystkim dużo szczęścia i radości w tym 2015 roku!

18:48, andreas_faust
Link
poniedziałek, 12 maja 2014

Poczytałem sobie w sieci recenzje i opinie o książce Pani Elisabeth Kalhammer, która postanowiła po wielu latach podzielić się ze światem swoimi wspomnieniami o Hitlerze. Autorka była pokojówką wodza III Rzeszy i opisała dokładnie to co pokojówka mogła widzieć i wiedzieć o twórcy narodowego socjalizmu. Czytelnik dowiaduje się, że np. Adolf miał ulubioną filiżankę, z której tylko on mógł pić i lubił słodycze. Ot, takie to wspomnienia pokojówki, która podawała herbatę i sprzątała talerze ze stołu. Słowem – nuda i na tym można byłoby temat zamknąć. Tyle, że recenzenci i komentatorzy uparli się coś z tych wspomnień wycisnąć, a tym czymś jest zdumienie, że Adolf Hitler był zwykłym człowiekiem, który nocami podkradał ciasto z kuchni lub zanudzał monologami każdego kto miał pecha nawinąć mu się pod rękę.

Można byłoby się śmiać z tego zdumienia czytelników, ale warto chwilę się zastanowić czemu świat dziwi się, iż Hitler był nie tylko znienawidzonym podpalaczem świata, ale też posiadał całkiem ludzką stronę. Otóż, przez kolejne dziesięciolecia od upadku III Rzeszy najrozmaitsi pisarze, historycy, twórcy, dziennikarze i cholera wie kto jeszcze, robili wszystko co w ich mocy, aby przedstawić obraz Hitlera, jako kogoś kto był wcielonym Lucyferem. Jeden przelicytowywał w tym drugiego, więc z dzieła na dzieło obraz był coraz bardziej przerysowany, a w pewnym momencie w skutek tego uległ odrealnieniu. W masowej świadomości Hitler przestał być zwykłym człowiekiem, który zdobył władzę i wprowadził swoją zbrodniczą wizję świata w życie. Wódz III Rzeszy stał się za to kimś w rodzaju anty superbohatera rodem z komiksu, czy głupawego filmu. Zresztą, to odrealnienie dotknęło również innych zagadnień związanych z hitleryzmem, a efektem tego przerysowywania są dzieła takie, jak film Quentina Tarantino „Bękarty wojny”.

Oczywiście można machnąć na to ręką i śmiać się z tego, że obecnie Hitler stał się dziwaczną, nieco horrorową (acz z filmów klasy „B” lub „C”) postacią, która niby straszy, ale dokładnie w taki sposób jak np. nawiedzony morderca z „Koszmaru z ulicy wiązów”. Można, ale czy nie jest to groźne?

Całkiem niedawno w tle wydarzeń, które rozgrywały się na Krymie, w sieci zaroiło się od porównań Władimira Putina do Adolfa Hitlera, a dziennikarze wypytywali swoich mądrych rozmówców „Czy pana zdaniem takie porównanie jest zasadne?”. Co ciekawe zdecydowana większość przepytywanych odpowiadała w ten sam sposób: „Nie, to porównanie idzie za daleko”, „Hitler był przecież zbrodniarzem, a Putin nim nie jest” itp. itd. W podobnym stylu oburzało się wielu internatów pisząc, że porównanie to jest błędne, bo Władimir Putin to zupełnie inna klasa polityka i (nawet jeśli przesadził z tym Krymem) to nie może być stawiany w równym szeregu z Hitlerem. Czytając i słuchając tego wszystkiego zastanawiałem się kiedy dla tych ludzi wspomniane porównanie nabrałoby sensu? Chyba jedynie wtedy, gdyby Władimir Putin podczas wystąpienia w publicznej telewizji złapał jakiegoś biednego Ukraińca i wypuściwszy wampirze kły wyssał z niego krew, a następnie szponiastą dłonią oderwał wydrenowanemu trupowi głowę.

Każdemu z tych komentatorów radziłbym więc zobaczyć genialną rolę Artura Barcisia w telewizyjnym spektaklu „Mein Kampf”. Pan Barciś zagrał w nim Adolfa Hitlera z czasów kiedy w podartych spodniach tułał się po przytułkach dla wiedeńskich bezdomnych. Być może warto też przeczytać książkę Pani Elisabeth Kalhammer, bo ona też zadziała jak swego rodzaju odtrutka na popkulturowe przerysowanie obrazu Hitlera, a przy tym przypomni, że nie był on nikim innym, jak tylko zwykłym, często groteskowym człowiekiem, który w sprzyjających okolicznościach doszedł do władzy i bardzo źle z niej skorzystał. Na pewno trzeba sięgnąć też po ksiązki rzetelne i być może przez to nudne, ale pokazujące prawdę – Hitler nie był zbryzganym krwią (od kopyt aż po czubki rogów) potworem, który wypełzł z piekieł i każdego dnia zjadał na śniadanie dziecko upieczone z kartoflami. Wręcz przeciwnie – Adolf Hitler był człowiekiem, który umiał oczarowywać tłumy i bardzo wiele mówił o pokoju oraz wolności. Idąc w kierunku wojny wykorzystywał istnienie mniejszości swoich rodaków na terytorium innych państw. Zafundował też w Berlinie piękną olimpiadę by po kilku latach odrzucić idee olimpijskie na rzecz krwawego podboju Europy. Hitler był w pierwszej kolejności sprawnym politykiem i dobrym graczem. W oficjalnym przekazie swych mediów pozował na ojca narodu, który w swojej ogromnej dobroci pochyla się z troską nad mniejszością Niemiecką zamieszkującą np. ówczesną Czechosłowację. Nadal nie widać podobieństw?

Niestety, każde przerysowywanie prowadzi z czasem do odrealnienia postaci i sprowadza ją do karykatury. To z kolei powoduje, że zaczynamy traktować ją z przymrużeniem oka, a z czasem zaczynamy się wyśmiewać i zapominać o co w ogóle chodziło. Dzieje Hitlera zaraz po wojnie stanowiły jasne przesłanie i ostrzeżenie na przyszłość. Ich analiza pozwalała zrozumieć i w porę zauważyć mechanizmy, które mogłyby się w przyszłości powtórzyć. Jednak stały proces przestawiania Hitlera w roli diabła zupełnie znieczulił ludzi i uśpił ich ostrożność. W efekcie każdy mniej lub bardziej gorliwy naśladowca wodza III Rzeszy ma dziś bardzo ułatwione zadanie i nie musi obawiać się szybkiego zdemaskowania. Wystarczy, aby w telewizji nie wypijał krwi ze swoich wrogów i nie pokazywał, że ma wampirze kły.

Tagi: Hitler
17:59, andreas_faust
Link
wtorek, 25 lutego 2014

Dziennikarze i wszelkiej maści komentatorzy z prawa oraz lewa dyskutują o głośniej książce „Resortowe dzieci”. Nie będę się do tej burzliwej debaty włączał, bo nic mądrzejszego niż to co zostało powiedziane nie wymyślę. Warto jednak dostrzec to co napisał Pan Cenckiewicz w ostatnim numerze „Do Rzeczy – Historia”:

„Ze smutkiem muszę też skonstatować, że książka Kani, Marosza i Tragalskiego niesie ze sobą daleko większy potencjał wiedzy o dziennikarzach i ich związkach z tajnymi służbami niż wszystkie ksiązki IPN razem wzięte […], wydane w ramach projektu badawczego „Dziennikarze. Twórcy. Naukowcy”.

Zacytowany wyżej fragment tekstu Pana Sławomira Cenckiewicza nosi tytuł “Odważne trio: Kania, Marosz, Tragalski”. Zwracam na to uwagę, gdyż tytuł felietonu znanego historyka zawiera w sobie wyjaśnienie dla przytoczonej smutnej konstatacji, a mieści się ono w słowie „odwaga”. Otóż, trio autorów miało ogromną odwagę, gdyż każdy w Polsce wie, iż wszelkie, nawet najlżejsze uderzenie w „elitę salonową” skutkuje automatycznie potężnym odwetem. Na taką odwagę nie wszystkich stać i trudno się dziwić. Nie każdy ma siłę by przetrwać odwet salonu i nie każdy na w sobie odpowiednio wiele hartu ducha. Natomiast jest też w naszej ojczyźnie całkiem spora armia ludzi, którzy zasiedli w najróżniejszych urzędach i instytucjach badawczych, a którzy wcale o żadnej odwadze nawet nie myślą, bo ich jedyną ambicją jest zapoczątkować całkiem nowe zjawisko dzieci współczesnych „resortów”.

Zjawisko to jest bardzo proste do pokazania, bo wystarczy przyjrzeć się temu co dzieje się wszędzie tam, gdzie cwani wyjadacze doskonale radzą sobie z wykorzystaniem państwowych środków dla własnego dobra lub też dobra rodziny i przyjaciół. Przykłady? Otóż, dziennikarze obliczyli, że w 2013 roku wyjazdy zagraniczne urzędników z Urzędu Miejskiego w Łodzi kosztowały około 90 tysięcy złotych. W tej samej Łodzi bieżącej wody nie ma około 3 procent mieszkań, łazienki ok. 15 procent, a centralnego ogrzewania aż 21 procent. Podobnie dobrze bawili się podkarpaccy urzędnicy, o których wyprawie do Zambii głośno było w zeszłym roku, a która kosztowała około 40 tysięcy złotych (ok. 7, 5 tysiąca za osobę). I wracając do wypowiedzi Pana Cenckiewicza oraz odwagi – jeden z urzędników (tak, jeden!) zapłacił z własnej kieszeni za wyjazd. Można? Ano, można.

Ale taki to już jest ten nasz nowy system, że jeśli się ma honor i odwagę, to się nie ma dostępu do koryta. A skoro tak, to się wysyła maile i pisma, a nie osobiście jeździ po świecie wydając pieniądze podatników. Zresztą jakież to pieniądze??? Oczywiście nie ma o czym mówić, bo to wszak groszowe sprawy – tak przynajmniej tłumaczą się ci, którzy radośnie z nich korzystają.

Niby groszowe, bo cóż to jest te wspomniane 40 tysięcy? No, ale policzmy wszystkie te większe i mniejsze wycieczki zagraniczne, a teraz dodajmy do tego sumy, które pochłonęły „służbowe” wojaże urzędników w całej Polsce, ich równie „służbowe” laptopy, tablety, garnitury, wynajmowane mieszkania itp. itd. Dodajmy do tego możliwości załatwienia etatów oraz najróżniejszych chałtur dla krewnych i znajomych.

A tak na marginesie ośmielę się przypomnieć, że w końcu zeszłego roku ogłoszono, że brakuje funduszy na badania genetyczne ekshumowanych ciał ofiar komunistycznych zbrodniarzy. Badania te prowadzą naukowcy w związku z pracami jakie trwają w kwaterze "Ł" na warszawskich Powązkach. Pieniędzy zabrakło i trzeba było prosić o kolejne, a tymczasem w zeszłym roku poinformowano, że poszczególne ministerstwa, urzędy centralne i jednostki państwowe (łącznie 64) posiadają 1699 pojazdów służbowych. Konia z rzędem temu kto dowie się ile kosztuje ich roczne utrzymanie. Jedyne co udało się wygrzebać dziennikarzom to roczny koszt ubezpieczeń tychże pojazdów, a jest to suma 35 milionów złotych. Wystarczyłoby więc jaśnie państwa przesadzić na rowery, czy do komunikacji publicznej, a znalazłyby się bez specjalnych problemów pieniądze na prace prowadzona na „Łączce”. Ale cóż – jakże to tak można zrobić krzywdę całkiem nowym resortowym dzieciom?

Pewnie wielu się obruszy za tę nazwę, bo jakże to tak nazywać urzędników, działaczy, lokalnych polityków itp. „nowymi resortowymi dziećmi”? Nie godzi się, bo wszak oni wszyscy całymi dniami pełnią służbę dla nas – dla zwykłych, prostych ludzi – i zmagają się z trudami służbowych podróży, wielogodzinnych zebrań, szkoleń zakrapianych gorzałką i zagryzanych kanareczkami z łososiem. Trudzą się biedni przygniecieni tymi premiami, dietami, dodatkami, służbowymi laptopami oraz tabletami, czy innym dziadostwem. Pocą się w garniturach i garsonkach kupowanych z funduszy reprezentacyjnych, niosąc teczki z włoskiej skóry oraz popijając przeraźliwie gorącą kawę podawaną przez usłużne asystentki/sekretarki. Jakże ich więc wyzywać od „nowych resortowych dzieci”?!?

No, może i racja. Może to nie są jeszcze resortowe dzieci, bo wszak to dopiero początek nowej dynastii. Na razie to tylko przymiarki do zajmowania coraz to nowych stanowisk i okupowania ważnych foteli, a dzieci tychże pionierów jeszcze się uczą, jeszcze się przymierzają i powoli przyzwyczajają do myśli, że trzeba będzie objąć stanowisko po tacie lub mamusi. No, jeśli nie bezpośrednio po nich to przecież są wygodne fotele w zaprzyjaźnionej firmie cioci, wujka, czy dobrego przyjaciela rodziców.

I tak na naszych oczach rosną i tuczą się kolejne trutnie, które zapoczątkują zupełnie nowe dynastie resortowe. Obawiam się, że tamte, czerwone resortowe dzieciaki to przy obecnych wielkie nic, obdartusy po prostu. Te obecnie mają możliwości o wiele, wiele większe i apetyty równie wielgaśne, więc – Drodzy Rodacy – przygotujmy się na to, że na służbę zdrowia, prace na „Łączce”, czy emerytury będą organizowane ogólnonarodowe zrzutki. Nie da się inaczej skoro do kasy państwowej, samorządowej i ogólnie, naszej podatniczek, przysysają się kolejne cholerne pijawki. Chyba, że…

Chyba, że sami wykażemy odwagę i w końcu postawimy na ludzi, którzy mają odwagę. Tak, wtedy prawdopodobnie zyskamy szansę na to, że coś się zmieni. Tyle, że jak wspomniałem – najpierw musimy zacząć od siebie.

18:34, andreas_faust
Link
wtorek, 14 stycznia 2014

Pierwszy wpis w tym roku i w założeniu miało być o czyś poważnym, ale niestety (lub stety) nie będzie. Tak się bowiem stało, że w ramach odpoczynku umysłowego sięgnąłem po książkę zatytułowaną „Ołowiany świt” i naszły mnie pewne wątpliwości oraz przemyślenia, o których będzie poniżej.

Zaznaczam od razu, że uwielbiam książki o tematyce post apokaliptycznej, ale z większością z nich mam poważny problem – wydają mi się całkowicie nieprawdopodobne. A przecież w tej tematyce jest zupełnie podobnie, jak na przykład w kryminałach – tym większa frajda z czytania im scenariusz bardziej prawdopodobny. Tymczasem najczęściej trafiam na książki przepełnione dziwadłami, które robią wrażenie zupełnie odwrotne od zamierzonego, czyli nie straszą, a zwyczajnie nudzą (czasem nawet śmieszą). A przecież sensem tworzenia literatury tego gatunku jest wywołać u ludzi lęk przed tym co może się naprawdę zdarzyć w przyszłości oraz refleksję na temat tego, czy da się takiego scenariusza uniknąć. Część książek, które przeczytałem jakoś sobie z tym radzi, ale jednocześnie autorzy wpadają się cierpieć na chorobę zawodową polegającą na faszerowaniu fabuły dziwactwami, które powodują, iż po kilkudziesięciu stronach tracę zainteresowanie. Skoro post apokaliptyczny świat zaludniony jest istotami żywcem wyjętymi z wielce durnych horrorów, to trąci to wszystko fantastyką zbyt daleko posuniętą, infantylną i powoduje moje znudzenie. Doskonałym przykładem książki, na której się zupełnie zawiodłem jest „Ołowiany świt”, choć uczciwie trzeba przyznać, że żadna to post ani nawet pół apokalipsa. To tylko takie małe apokaliptyczne pierdniecie gdzieś w okolicy Czarnobyla. Tyle, że niby klimat miał być podobny i (niestety) jest.

Tajemnicze zjawiska pojawiające się w „zonie” jeszcze bym jakoś przełknął. Powstające w ich pobliżu tzw. artefakty może też. Ale okazuje się, że wszystko to nafaszerowane jest dodatkowo potworami, dziwadłami i diabli wiedzą czym, a dzielni stalkerzy chodzą sobie pomiędzy tym wszystkim na wypady krajoznawcze oraz handlowe. Strzelają i całkiem dobrze sobie dają radę, a najtwardszy z nich to oczywiście Polak. Nawet jeśli (tak dla przyzwoitości i podtrzymania atmosfery sennej grozy) autor jakiegoś stalkera ukatrupi, to akurat ten nasz gieroj wychodzi ze wszystkiego cało. Raz, że szczęście ma ogromne, rozum nie od parady, to jeszcze w razie poważniejszych uszczerbków zdrowia posmaruje połamane żebra tzw. artefaktem i już może na weselu skakać. Kupy się to nie trzyma i rozczarowanie przy tym wielkie. Tym bardziej, że wszędzie poza zoną świat jest całkowicie niezmieniony i tak naprawdę gdyby ktoś z władz zechciał to by cały ten obszar zlał napalmem i tyle. No, ale wtedy dzielni stalkerzy nie mieliby gdzie realizować swojego powołania, od którego – i to jest chyba najśmieszniejsze – zawsze mogą wziąć urlop. Tak to jest wymyślone, że jak im się szwendanie po zonie znudzi, to mogą spokojnie pojechać np. do Galerii Mokotów na zakupy.

Dobrze, że istnieje uniwersum Metra 2033, choć i tu zdarzają się niezłe cyrki. Świat już w dwadzieścia lat po katastrofie zaludniają takie rzesze mutantów, iż nawet trudno sobie wyobrazić jak szybko się to całe piekielne towarzystwo rozmnażało (oraz z jaką skutecznością!). Żeby to chociaż były jakieś przerośnięte szczury, czy coś z tych rzeczy, ale skąd! Powstały całkiem nowe gatunki i gałęzie ewolucji, więc wygląda na to, że wielka katastrofa wyzwoliła jakiś niesamowity, diabelnie szybko działający, mechanizm w naturze. Agresywne to wszytko takie, że cud wielki, iż same się wzajemnie nie wyżerały, bo przecież zamieszkują obok siebie na powierzchni, a ludzi do zjadania nie ma. No, ale jakoś tak jest, że najbardziej im ta ludzina smakuje i nie ma zmiłuj. Jakby tego było mało to ludzie żyją sobie w tym całkiem prawdziwym metrze (tych metrach) jakoś całkiem spokojnie. No, niby są tam wojny, zabójstwa, choroby i głód, ale wszystko to nie odbiega w zasadzie od tego co zobaczyć możemy na ulicach krajów trzeciego świata. Większość spraw jest poukładana i zaplanowana – ludzie mają rządy, wojsko, mają też swoją pracę, hodują zwierzątka na mięso (zagadka numer jeden – skąd świnie w metrze?), naprawiają co się da, prowadzą politykę i nawet eksperymenty medyczne. Słowem, trochę to wszystko zbyt przypudrowane, a na dodatek walutą nie jest bynajmniej ludzkie mięso, usługi seksualne, czy coś w tym guście, ale zwykłe naboje. No, jakaś logika w tym jest, ale równocześnie duża dawka optymizmu odnośnie zamkniętego świata ludzi i ich zachowania w tym labiryncie tuneli.

Uniwersum Merta 2033 ratuje książka „Korzenie niebios”, która pokazuje nam świat z perspektywy bohatera plączącego się po resztkach Włoch. Książka naprawdę dobra, choć i tu autor nie ustrzegł się pewnych przejaskrawień. Oczywiście mutanty też już się na dobre zadomowiły i spokojnie przejęły kontrolę nad światem. Znów dużo ich i wygląda na to, że całkiem są dobrze zorganizowane oraz nawet myślą. To – przyznaję z radością – największy wkład uniwersum Metra do całej tej post apokalipsy, czyli odpowiedź na pytanie „co też zastąpi człowieka?”. Okazuje się, iż autorzy optymistycznie zakładają, iż my – śladem dinozaurów – wyginiemy, a nasze miejsce zajmą istoty lepiej przygotowane do życia w toksycznym środowisku. Wcale jednak nie są to bezmyślne potwory, ale gatunki zupełnie nowe, które charakteryzują się tym, że potrafią całkiem udanie posługiwać się umysłem.

Jednak najlepsze co ostatnio czytałem to doskonała książka „O sekundę za późno”. Autor nie wysila się by tworzyć jakieś horrorowe scenariusze na temat tego co się stanie kiedy cywilizacja się sypie. On po prostu odpowiada na pytanie co się stanie z małym miasteczkiem po tym kiedy cały kraj został zaatakowany – w tym wypadku bombami EMP. I musze przyznać, że czyta się to świetnie, bo mamy tu wszystko jak na małym obrazku – przede wszystkim ludzką naturę, która ujawnia się w całej swojej szkaradności w szczególnie trudnych chwilach zagrożenia. Tu największy strach nie budzi przyczajony w mroku mutant, ale drugi człowiek, który jeszcze kilka dni wcześniej był miłym sąsiadem naszego bohatera. Nagle dowiadujemy się do czego można się posunąć, aby zdobyć pokarm, czy zapewnić sobie choć minimalnie większe szanse na przeżycie. Autor stawia przed nami lustro i pokazuje kim tak naprawdę jesteśmy – z jednej strony zwierzętami, które będą robić wszystko by przeżyć, ale z drugiej cywilizowanymi ludźmi, którzy – jeśli tylko zechcą – potrafią współpracować w celu udzielania sobie wzajemnej pomocy. I tylko od nas samych zależy jakiś wyborów dokonamy, choć oczywiście wszystko wokoło też ma wpływ na nasz los.

„O sekundę za późno” to książka, która mnie bardzo zaskoczyła i zmusiła do przemyśleń nad kruchością naszej cywilizacji. Niby to wszystko gdzieś tam jest w literaturze post apokaliptycznej, ale nie jest nigdzie tak klarowne i mocne. Tutaj aż bije po oczach i zmusza nas do tego, aby naprawdę się bać. Ilu z nas zastanawiało się nad tym co dzieje się w szpitalu pozbawionym przez kilka miesięcy prądu? Jak długo może funkcjonować? Ile dni zdołają utrzymać porządek w mieście czterej policjanci? Czy sąsiad jest zdolny do tego, aby okraść lub zabić sąsiada, aby móc wykarmić własną rodzinę? Co się dzieje z człowiekiem kiedy jest zupełnie bezradny wobec nadciągającego kataklizmu? Autor daje nam na te pytania odpowiedzi, ale czyni to w ten sposób, że sami zaczynamy stawiać się w miejscu bohaterów książki. Nagle dociera do nas główne przesłanie – nasza cywilizacja jest naprawdę krucha. Nie trzeba inwazji z kosmosu, atomowego holokaustu, czy wielkiej wojny biologicznej, bo wystarczy, że ktoś nam wyłączy prąd. A kiedy nauczone wygody społeczeństwo będzie musiało wrócić do warunków życia znanych z XVIII, czy XIX wieku to okaże się, że większość z nas umrze. Działa na wyobraźnię, prawda? U mnie przynajmniej tak i to sto razy bardziej niż opowieści o bohaterskich stalkerach spacerujących sobie po czarnożylskiej zonie w celu zdobywania kolejnych artefaktów (zupełnie jakby kogoś do napisania książki zainspirowała gra komputerowa w stylu Diablo…).

11:35, andreas_faust
Link
wtorek, 31 grudnia 2013

Niby dzień jak co dzień, a jednak jakiś taki wypaczony. Wszak to ostatni dzień kończącego się roku i wypadałoby, aby jednak był wyjątkowy, choć on uparcie nie ma na to ochoty. Z drugiej strony trudno powiedzieć, że wszystko jest w porządku, skoro za oknami najprawdziwsza słoneczna wiosna, a nie mroźna zima.

I na tej dodatniej temperaturze skończyłaby się wyjątkowość 31 grudnia, gdyby nie ludzka fantazja. Wielu bowiem wysila się i poci, aby wykazać, że imieniny Sylwestra to czas iście magiczny. Jedni uparcie podsumowują dziś cały rok i przypominają co też zdarzyło się w nim najważniejszego – w serwisach telewizyjnych wygrywa wiadomość o tym, że pewna księżniczka w zamorskim kraju raczyła dać się zapłodnić jaśnie wielmożnemu penisowi i w skutek tego urodziła równie jaśnie wielmożne dziecko. Inni wolą skupić się na tych, którzy odeszli z tego łez padołu i wyliczają mniej lub bardziej znanych. Ma to wprawić nas w zadumę i podkreślić wrażenie czasu, który nieubłaganie upływa. Cóż, któż z nas nie płakał rzewnie po nieodżałowanym Mandeli?

Są też tacy, którzy wolą radości doczesne i stawiają na rozrywkę. Oni to właśnie usiłują ten dzień zamienić w jeden wielki festyn (tak dla przypomnienia – podobno dziś jest Dzień Bez Bielizny, więc kto chce niech idzie na imprezę bez majtek). W mediach trąbią o tych wszystkich koncertach i masowych imprezach, które organizowane są od Pierdziszewa Górnego po Wrocław, z pominięciem Żyrardowa. Muzeum gwiazd PRL, przegląd gwiazdeczek rodzimych i jak najbardziej kapitalistycznych oraz radosne podrygi celebrytów mamy na dziś zapewnione do wyboru, do koloru. Zmieniając kanały telewizyjne możemy przekonać się naocznie, które miasto miało najwięcej zaoszczędzonych w budżecie pieniędzy, a które stać było tylko na Big Cyca. Na marginesie dodam, że w Grodzisku gwiazdą będzie… wiadukt. No, tak właściwie to jego otwarcie, ale cóż – wiadukt, to wiadukt. Tak, więc jeśli w waszych miejscowościach wystąpi co najwyżej didżej Boski Bolek ze Złotym Zębem to nie narzekajcie. Uwierzcie mi – może być gorzej.

A ja dziś rezygnuję z wielkich imprez i koncertów, a za to mam zamiar spędzić koniec tego dnia z gronem starszych i młodszych znajomych. W zasadzie będzie to Sylwester łączący pokolenia, bo kiedy ja i Dziadek witaliśmy pamiętny 1996 rok w Ełku, to Agnieszka bawiła się wtedy lalkami (a może już pilotem do telewizora?). Oczywiście ten dzisiejszy wieczór na pewno będzie bardziej spokojny niż te, które świętowaliśmy w burzliwym okresie studiów. Zdrowie i nerwy już by nie pozwalają na takie swawole, jak te, które miały miejsce w Ełku, czy w Wiśle. Ale mimo wszystko cieszę się na spotkanie w gronie tak zacnym. Miło będzie wychylić kieliszek zimnej wódeczki za zdrowie obecnych i tych, którzy się przez nasze życia przewinęli (w tym roku oraz w zamierzchłej przeszłości). Jednym niech toast służy za wdzięczne podziękowanie, a innym niech idzie na pohybel za ich skurwysyństwo. I żałuję tylko, że nie będzie z nami tych, którzy dziś dzielnie wspierają szkocką gospodarkę pracując na obczyźnie – na pewno wychylimy za nich toast! Niech dorabiają się jak najszybciej, a oskubawszy podłych szkockich sknerów wracają prędko na ojczyzny łono!

Tak oto kończę ten rok planami na najbliższy wieczór, choć gdzieś w głowie kołacze mi się jakieś tam podsumowanie tego 2013. Ale nie obawiajcie się, nie będę Was zanudzać. Muszę jednak zrobić jedną rzecz, a mianowicie powiedzieć, która książka była moim czytelniczym rodzynkiem w tych ostatnich 365 dniach. Tak właściwie to była to cała seria zwana „Księgą całości”, a pośród tych wszystkich tomów napisanych przez Feliksa W. Kresa zdecydowanie królowała „Grombelardzka legenda”. Naprawdę wspaniale odpoczywałem przy tej lekturze! I oby w kolejnym roku też takich nie zabrakło!

Swoją drogą to muszę dziś przypomnieć Dziadkowi, że pokolenie urodzone w 1996 roku już od stycznia wejdzie w sezon tzw. osiemnastek. Oczywiście nie dotyczy to ani mnie, ani Dziadka, bo byliśmy zawsze niezwykle grzeczni, ale niektórzy nasi znajomi powinni pomyśleć o tym kiedy będą podrywali świeżo upieczone osiemnastki. 

Tagi: 2014
15:57, andreas_faust
Link
poniedziałek, 02 grudnia 2013

Miało być tradycyjnie, jak co roku, na temat moich urodzin. Miało być o starzeniu się i jego objawach, a przede wszystkim o pogarszającej się pamięci. Tyle, że kiedy już usiadłem do pisania to diabeł mnie podkusił i sprawdziłem w sieci, co też dzieje się w naszym kraju. I oto na jednym z moich ulubionych portali przeczytałem coś co spowodowało u mnie nagłe podniesienie ciśnienia (a w moim wieku to już groźna sprawa!). I o tym będzie tym razem.

Portal zajmujący się kolejami poinformował, że w sobotę, kiedy ja i moi zacni goście zjadaliśmy andrzejkowe szaszłyki, to hol pewnego polskiego dworca pachniał lasem (serio, tak napisali – „pachniał lasem” i to wcale nie jest moja kpina). A już po chwili można przeczytać o tym ów zaskakujący skąd zapach lasu w tak niespodziewanym miejscu. Otóż wszystko to dzięki grupie ludzie, którzy „własnymi siłami umyła posadzkę, schody, mozaikę i okna”.

Lokalne stowarzyszenie przygotowało agregat prądotwórczy i myjkę ciśnieniową, czyli podstawowy sprzęt potrzebny w takiej akcji. Warto podkreślić, że wodę potrzebną do mycia zapewniło natomiast lokalne przedsiębiorstwo komunalne, bo koleje zakazały udostępniania wody – jak wiadomo kolej dba, aby w całym kraju dworce nie pachniały lasem, gdyż wtedy utrudniałoby to osobom słabowidzącym odnajdywanie owych przybytków za pomocą węchu. Każde dziecko w Polsce wie, jak specyficznie pachną dworce i trudno się dziwić, że i tym razem był opór przeciwko niszczeniu tradycji.

W każdym razie w wyniku akcji udało się dzielnym ochotnikom umyć posadzkę, usunąć ze ścian część bazgrołów zwanych (cholera wie czemu?) tagami, wyczyścić planszę informacyjną kolejki wąskotorowej oraz wielkie, dworcowe okna. Słowem, sukces jak się patrzy – oklaski już się rozlegają i pochwały płyną prze Internet. Tylko ja będę marudził i to bardzo.

A o co będę marudził? Czy nie podoba mi się pachnący dworzec? Czy razi me oko umyta posadzka i okna? Ależ nie, nic z tych rzeczy. Tyle tylko, że jako obywatel i podatnik już za to wszystko zapłaciłem i czekałem kiedy wreszcie ktoś wywiąże się ze swoich obowiązków. Nie tylko zapłaciłem - ja ciągle płacę za to w cenie biletów kolejowych – przypomnę wszystkim, że ceny te jakoś nie spadają. Płacę od lat, bo od lat z usług kolei korzystam i nie jedną godzinę spędziłem na dworcach, które za wyjątkiem kilku, wyglądały jak przedsionki slumsów. Skoro więc za to wszystko (będę podkreślał do znudzenia) zapłaciłem – ja i wielu, wielu, bardzo wielu obywateli – to zastanawiam się jaką logiką kierują się ci, którzy przyszli i dworzec myli? Nie wiem co chcieli osiągnąć, ale wiem doskonale co osiągnęli.

Za pewne wywołali szczery i radosny śmiech tych wszystkich, którzy za czystość dworca odpowiadają, a którzy siedząc w swoich wygodnych gabinetach musieli mieć niesamowity ubaw z oglądania nagrań monitoringu. Owi urzędnicy utwierdzili się bowiem w swoim od lat trwającym przekonaniu, że robić niczego nie muszą. Wystarczy im bowiem trwać niezłomnie na stanowisku i przeczekiwać kolejne zmiany władz w spółkach kolejowych. A jeśli ludzie już bardzo się wnerwią i będą mieli dość, to przecież nie przyjadą z taczkami i kijami, aby wywieźć za miasto poturbowanych menadżerów do czystości. Nie, bo po co? Ci zdenerwowani ludzie co najwyżej… przyjdą i sami umyją dworzec.

I w sumie ja sam powinienem śmiać się z tego mycia dworca do rozpuku, bo lubię poczytać o takich klimatach żywcem wyjętych z sowieckiego systemu myślenia. Wszak to przecież wielka zdobycz komunizmu i realnego socjalizmu, czyli czyn społeczny, przypomina mi się od razu. W tamtym systemie nieudolne władze nie potrafiły zorganizować wielu podstawowych spraw, więc zawsze znalazła się jakaś pożyteczna organizacja społeczna, młodzieżowa, czy partyjna, która skrzyknęła aktyw i zorganizowała własnymi środkami oraz siłami np. sprzątanie miejskich skwerów. Młodzież zapewne tego nie pamięta, ale w czasach PRL trawniki w miastach przypominały wypaloną sawannę, która pokrywały psie kupy i wszechobecne śmieci. Jak widać problem czystości był zawsze palący w naszym kraju, a ja – dziecięciem szkolnym będąc – pamiętam jak w czynie społecznym operowałem grabiami na trawniku, niedaleko szkoły. Tak więc powinienem się sam śmiać z mycia dworca, ale jakoś nie jest mi do śmiechu.

Nie śmieszy mnie to, bo widzę, że niby czasy się zmieniły, ale mentalność w niektórych głowach pozostała taka sama. Oto bowiem okazuje się, że żyjemy w kraju, w którym odwołanie władczyni stolicy nazywane jest przez premiera i prezydenta kraju niepotrzebną hucpą polityczną, a miliony zebranych przez obywateli podpisów nie przekonują posłów do przeprowadzenia jakiegokolwiek referendum. Jednak jeśli w tym samym kraju obywatele chcą wyręczać nieudolne władze w sprawach tak banalnych jak koszenie trawników, mycie dworców, sprzątanie parków itp. to wtedy wszystko jest dobrze i takie inicjatywy się ceni. Takich obywateli się promuje, tak chce się widzieć "obywatelskość" i to właśnie oklaskiwane jest w mediach!

Jakby tego było mało, to rzesze pożytecznych naiwniaków (naprawdę powstrzymuje się przed mocniejszym słowem…) przekonują na różnych forach internetowych, że takie właśnie przykładowe mycie dworców to jest świetna sprawa, zdrowa aktywność na medal i ogólnie idźmy za światłym przykładem. Zapewne marzeniem wszystkich leniwych, nieudolnych i najzwyczajniej w świecie aroganckich władz samorządowych jest posiadanie na swoim terenie jak najwęższej liczby takich zaangażowanych obywateli. Takich, którzy zamiast krytykować, domagać się, straszyć taczkami i referendami – przyjdą, umyją, pośpiewają i jeszcze podziękują, że mogli się wykazać. Szkoda tylko, że jeszcze nie upiekli kołacza dla dyrektora dworca, albo nie oddali zrobili zrzutki na służbowy samochód - co się ma męczyć zapracowany facet?

W takich zgniłych, kapitalistycznych Stanach Zjednoczonych większość obywateli dostałaby białej piany i wściekłości, gdyby za ich podatki władze nie robiły tego co powinny, a jeszcze zachęcałby do tego, aby to ci właśnie obywatele poświęcili swój czas, siły i dodatkowe pieniądze na odwalenie czarnej roboty. No, ale tam ludzie szanują swoje ciężko zarobione (zgniłe i kapitalistyczne) dolce i wiedzą, że jeśli wybrali burmistrza, opłacają jego pobory oraz limuzynę to mają prawo wymagać by ten wywiązywał się ze swoich obowiązków. W Polsce jest zupełnie na odwrót. Jeśli obywatele głośno i dobitnie domagają się od urzędasów, czy samorządowców wykonywania tego za co biorą pobory, to zaraz pojawiają się debile, którzy rozpisują się w prasie o „typowym, polskim krytykanctwie”, modnym ostatnio „hejterstwie” i ogólnie w myśl tezy, że oto wychodzą na jaw nasze narodowe przywary, czyli każdy krzyczy, krytykuje, gani, a zamiast tego powinien zakasać rękawy i umyć dworzec.

A ja za każdym razem kiedy czytam te bzdury o polskim zacietrzewieniu, krytykanctwie, "hejtowaniu" itp., to wyobrażam sobie, jak taki mądraliński redaktorek, czy pożyteczny debil z forum internetowego, wchodzi do sklepu i prosi o pół kilograma dobrej szynki. Sklepikarz najpierw uparcie ignoruje klienta, aż w końcu z wielką łaską sięga po towar i podaje kawałek spleśniałej, zaplutej kiełbasy. Na domiar złego wyrywa cały portfel klienta jako zapłatę. Następnie wychodzi zza lady, podchodzi do faceta i ściąga mu spodnie w celu odbycia stosunku. Wreszcie po wszytkim wystraszony redaktorek piszczy, że przecież on chciał tylko pół kilo dobrej szynki, a został oszukany, bo zamiast tego dostał starą kiełbachę, za którą zapłacił astronomiczną sumę i na koniec transakcji stracił dziewictwo w tyłku. Na to sklepikarz (zapalając papierosa i leniwie mrużąc oczy) odpowiada: nie bądź typowym, polskim "hejterem" i nienawistnikiem. Nie narzekaj, nie marudź, nie pomstuj, a zamiast tego uśmiechnij się i idź do domu. A jutro wróć – pozwolę ci popracować kilka godzin na zapleczu to zrobisz sobie (z przyniesionych przez siebie produktów) tę szynkę. A ja, jeśli będę miał dobry humor, to może nawet portfel ci oddam – oczywiście pusty.

Nie wiem jak Wy – Drodzy Czytelnicy – ale ja tam nie mam zamiaru chodzić na akcje mycia dworców, czy inne podobne. Chcę szynkę, za którą już dawno zapłaciłem i nie mam najmniejszego zamiaru dać się dymać tym wszystkim cwaniakom, którzy myślą, że rządzą bezmyślnym, sparaliżowanym strachem stadem. Wolę być polskim "hejterem", krytykantem i marudą  niż pożytecznym debilem, który płaci podatki za nic i z pokorą wypina się przed kolejnym autorytetem moralnym, medialnym, czy jak go tam zwą w danej sytuacji.

 

PS

I celowo nie piszę w jakim mieście miało miejsce mycie dworca!!!

Tagi: hejter
16:05, andreas_faust
Link
piątek, 22 listopada 2013

Wreszcie przyszedł czas na kilka słów o Grodzisku Mazowieckim, a konkretnie o targowisku miejskim. Od razu uprzedzam, że nie mam zamiaru rozwodzić się nad świeżością produktów spożywczych, które można tam zakupić. Nie będę nikogo zadręczał opisem marchewek, pietruszek, rzodkiewek, czy sera, bo chciałbym zwrócić uwagę na coś zupełnie innego, a mianowicie proces rewitalizacji. Jak wiadomo słowo to stało się niezwykle modne i media lubią się nim posługiwać. Tyle, że często przeinaczając jego sens i nazywając tak właściwie każdy większy remont. Tymczasem rewitalizacja to przecież dosłownie „przywrócenie do życia”, ożywienie czegoś co wydawało się martwe. W tym procesie nie chodzi tylko i wyłącznie o jakąś budowlaną kosmetykę, postawienie nowej wiaty, czy odmalowanie z wierzchu. To coś o wiele bardziej skomplikowanego, bo w wyniku rewitalizacji miejscowa społeczność odzyskuje nie tylko budynek, park, czy targowisko, ale znajduje dla tych obiektów konkretne zastosowania, które sprawiają, że budynek, park, czy targowisko ożywają.

Najczęstszym błędem czynionym przez władze samorządowe jest nazywanie rewitalizacją zwykłych działań konserwatorskich, które kończą się otrzymaniem obiektu, z którym właściwie nie wiadomo co zrobić. Owszem, jest ładny, odnowiony, pachnący, ale szuka się dla niego na siłę zastosowania i błogosławieństwem jest kiedy uda się miejscowym włodarzom wymyślić coś w miarę sensownego. Niestety, często jest tak, że „zrewitalizowany” obiekt po prostu cieszy oko przechodnia i na tym kończy się ten rzekomo ważny proces zmian. Słowem, społeczeństwo lokalne rzadko zyskuje coś więcej i rzadko może powiedzieć, że naprawdę „ożywiono” coś co wydawało się dawno zdechłe.

Otóż, według mnie właśnie targowisko w Grodzisku Mazowieckim jest przykładem bardzo dobrze przeprowadzonej rewitalizacji, która służyć może za przykład dla innych ośrodków miejskich na Mazowszu. A przyznać trzeba, że sprawa była niebagatelna, bo koszt całości robót oszacowano na ok. 13 milionów złotych. Jednak samorząd spisał się na medal pozyskując dofinansowanie w wysokości aż 10 milionów złotych (dla porównania to mniej więcej tyle ile kosztował pewien słynny mazowiecki deptak …). W efekcie powstało – praktycznie od podstaw – targowisko w pełni nowoczesne, posiadające zadaszenie, dobrą nawierzchnię i niezbędne zaplecze sanitarne, a wszystko to w ramach projektu budowy miejskiej strefy aktywności gospodarczej przy ulicy Montwiłła i rejonie ulicy Spokojnej w Grodzisku Mazowieckim. Trzeba też przyznać, że pracy było dużo, bo wykonano również przebudowę kanalizacji deszczowej, przebudowano ulicę Spokojną i części ulicy Sprawnej. Konieczna była także modernizacja oświetlenia ulicznego, sieci elektrycznej oraz telekomunikacyjnej. Można więc śmiało powiedzieć, że plan był naprawdę ambitny i co najważniejsze został świetnie zrealizowany!

Nie chodzi jednak tylko o to, że miasto zyskało pięknie zagospodarowane miejsce, bo to nie jest jeszcze żadnym wielkim osiągnięciem – szczególnie dla dobrego samorządu. Najważniejszy jest sposób wykorzystania targowiska, który świadczy o tym, że dobrze zrozumiano idę rewitalizacji. O sukcesie nie decyduje przecież to, czy prace budowlane i remontowe przeprowadzono dobrze, sprawnie i szybko, ale czy ów budynek (lub obszar) naprawdę ożył. To jest właśnie podstawowym kryterium oceny inwestycji, bo cóż z tego, że mamy odnowimy obiekt skoro będzie on świecił pustkami? Można oczywiście cieszyć się samym wyglądem, ale wtedy nie mówimy o rewitalizacji, ale o najzwyklejszym remoncie. Jak więc jest z tym konkretnym targowiskiem?

Po pierwsze targowisko może korzystać z bliskości stacji WKD Grodzisk Mazowiecki Radońska, co jest niewątpliwym atutem. Dzięki sąsiedztwu stacji WKD można na targowisku organizować imprezy, które przyciągną mieszkańców sąsiednich miejscowości, a nawet Warszawy. Dojazd do targowiska ze stacji Warszawa Śródmieście to przecież jakieś 60 minut - bez przesiadek i praktycznie pod samą bramę. Zapewne również dzięki temu organizowane na targowisku „Targi staroci” przyciągają takie wielkie tłumy. Ale skoro jesteśmy przy targach staroci to trzeba uczciwie przyznać, że był to strzał w dziesiątkę. Dowodem na to są tłumy odwiedzających oraz bardzo wielu wystawców. Pomysł to tym bardziej sensowny, gdyż w okolicy takie targi praktycznie się nie odbywały, a przecież kolekcjonerów i miłośników staroci nie brakuje w samym Grodzisku oraz w jego sąsiedztwie.

Z moich rozmów z wystawcami wynika, że sami zaskoczeni byli popularnością targów staroci i dużą liczbą zawieranych transakcji!

Po drugie targowisko miejskie spełniać zaczęło rolę miejsca, w którym poza handlem organizowane są przeróżne imprezy skierowane głównie do mieszkańców Grodziska. Uczciwie trzeba przyznać, że miasto nie posiada tak rozległego i przestronnego rynku, na którym mogłyby się odbywać tego typu okolicznościowe spotkania, czy uroczyste obchody rocznic oraz świąt. I właśnie dzięki rewitalizacji targowiska Grodzisk zyskał fantastyczne miejsce, w którym bez żadnego problemu mogą zgromadzić się mieszkańcy by wspólnie świętować. Sprawdza się to znakomicie przy okazji najróżniejszych okazji, które wspaniale uświetnia Młodzieżowa Orkiestra Dęta. Można więc w tak przygotowanym miejscu zorganizować koncert, dożynki, czy targi produktów regionalnych, bo pozwala na to infrastruktura doskonale dostosowana do potrzeb mieszkańców.

Po trzecie warto pamiętać, że targowisko to jednak przede wszystkim miejsce, które musi i spełnia swoją podstawową rolę – dostarcza mieszkańcom Grodziska Mazowieckiego świeżych produktów spożywczych. Chętnie odwiedzane przez strasznych i młodszych, pozwala na zrobienie zakupów w dobrych warunkach. Dzięki zadaszeniu handel może odbywać się przy każdej pogodzie, więc nie musimy obawiać się opadów deszczu, czy śniegu. Na terenie targowiska znajdują się również odpowiednio przygotowane pawilony, których można kupić mięso, wędliny i wyroby garmażeryjne. A skoro już jesteśmy przy „odpowiednich warunkach” to warto podkreślić, że jest również toaleta – a nie jest to żadną normą na polskich targowiskach!
Podsumowując – rewitalizacja targowiska miejskiego okazała się strzałem w dziesiątkę. Samorząd dobrze zainwestował (całkiem spore) pieniądze, a mieszkańcy miasta zyskali miejsce, które naprawdę żyje i nieustannie udowadnia, że jest bardzo potrzebne. Jedni korzystają z niego by zrobić zwykłe zakupy, a inni odwiedzają podczas najróżniejszych imprez i uroczystości. Można śmiało powiedzieć, że znajdzie się oferta dla każdego, bo w ciągu roku na targowisku organizowane są nie tylko giełdy staroci, ale też jarmarki produktów regionalnych, koncerty, spotkania motocyklistów, czy obchody rocznicowe. Targowisko przestało właściwie być w ścisłym znaczeniu tego słowa targowiskiem, a stało się miejscem, które miasto może wykorzystać do najróżniejszych celów – w zależności od aktualnych potrzeb. Czyli można? Można! I oby tak dalej! 

10:21, andreas_faust
Link
wtorek, 19 listopada 2013

Od kilku dni ciągle słyszę, że Polsce grozi jakaś straszliwa fala ksenofobii, wynaturzonego nacjonalizmu, faszyzmu i co tam jeszcze potrafią wymyślić komentatorzy od staplowej tęczy. Rzekomo ciągle odstajemy od tych pięknych krajów kultywujących nieustannie tolerancję i politykę pokoju. Przekaz jest jasny – u nas ciemnota, zacofanie, homofonia i rasizm, a za granicą raj tęczowy. Tyle, że przekaz ten jest zwyczajnie zafałszowany. Nie wierzycie? Poszukajcie informacji o tym, jak naprawdę jest w zachodniej Europie i jak wielka tolerancja tam króluje. Można się naprawdę zdziwić!

Cóż to się dzieje w tej naszej nowoczesnej i jakże postępowej Europie? Jakaś zaskakująca fala ciemnoty rozlewa się po kontynencie! W styczniu w Paryżu na ulice wyszło 340 tysięcy ludzi by zademonstrować swój sprzeciw przeciwko małżeństwom osób tej samej płci. Sami organizatorzy twierdzą, że demonstrantów było nawet 500 tysięcy, a więc to nie w kij dmuchał! Pod koniec maja marsz odbył się ponownie przyciągając równie wielką liczbę uczestników – choć tym razem organizatorzy podawali, że maszerujących było ok. miliona. Pomijając spór o liczby sprawa warta jest uwagi, bo przecież mówimy tu o Francji, tej do bólu liberalnej, podkolorowanej na czerwono i do tego z solidnym korzeniem sięgającym rewolucji.

Jeszcze do niedawna temat par tej samej płci należał do żelaznego kanonu poprawności politycznej i nikt za Zachodzie na ważył się do tknąć. Tymczasem dziś nie da się nie zauważyć, że Europa staje się coraz bardziej konserwatywna. No, może jeszcze nie cała Europa, ale spora część jej obywateli otwarcie przyznaje, że nie życzy sobie dotychczasowego liberalizmu światopoglądowego.

Od czego się zaczęło? Nie bardzo wiadomo, bo media temat skrzętnie pomijały kwitując wszelkie oznaki społecznego niezadowolenia „wybrykami skrajnej prawicy”, czy pijanych skinów. Niewiele osób miało wtedy odwagę powiedzieć, że nie podoba im się polityka wobec homopar, czy przyjmowanie z otwartymi rękoma każdego migranta.

Ja widziałbym wyraźny przełom około 2010 roku kiedy to w mediach elektronicznych coraz częściej zaczęły się pojawiać wieści o tym, że wiatr zmienia kierunek. Wielkim szokiem była ówczesna zmiana polityki Danii wobec napływających do niej uchodźców. Nagle podniósł się szum, że znana z liberalnej polityki Dania stała się bardzo rygorystyczna w podejściu do przyjmowania obywateli z krajów trzeciego świata. Urzędy zaczęły stosować praktykę pierwszeństwa dla osób z wyższym wykształceniem, zaś praktycznie zatrzaśnięto drzwi przed tymi, którzy nie mogli się wykazać jakąkolwiek edukacją. To samo zastosowano w przypadku chętnych do małżeństwa z obywatelami Danii. Pierwszeństwo w załatwianiu formalności mieli ci, których urzędnicy uznali za przydatnych dla społeczeństwa duńskiego. Mało tego! Podniesiono rękę na tzw. socjal, a to już rozwścieczyło liberalnych miłośników państwa opiekuńczego. Jak bowiem można obcinać pomoc socjalną o połowę i to przez pierwszych siedem lat pobytu w kraju? Jak można cofnąć zapomogi dla rodziców z powodu tego, że ich dzieci zachowują się nieodpowiednio?

Oczywiście, że można, ale do tej pory nikt się na to nie odważył, bo funkcjonował straszak poprawności politycznej. I nie chodzi tu tylko o jakieś tam filozoficzne i moralizatorskie dyrdymały. Tu chodzi o przestrzeganie prawa! Przecież europejska dyrektywa o prawie pobytu mówi wyraźnie, że nie może być dyskryminacji związanej z „płcią, rasą, kolorem skóry, pochodzeniem etnicznym lub społecznym, przekonaniami politycznymi lub innymi, przynależnością do mniejszości etnicznej, majątkiem, urodzeniem, upośledzeniem, wiekiem lub orientacją seksualną”. A co jeśli już na granicy emigrant spotyka się nagle z obostrzeniami, bo np. jest analfabetą z głębokiej wsi w najbardziej zapadłym regionie Pakistanu? Jak nic łamanie europejskiego prawa.

Cóż, obywatele Danii jakoś nie rozumieją, że czynią źle i łamią prawo europejskie, a przy tym dają spore poparcie Duńskiej Partii Ludowej. Na przekór poprawności politycznej nie uważają za dyskryminację faktu, iż przepisy zabraniają małżeństwa z zagranicznym partnerem, który nie ma ukończonych 24 lat. Nie przeszkadza im też, że Duńczyk, którego współmałżonek jest cudzoziemcem, musi udowodnić, że mają oboje więcej „związków” z Danią niż z krajem, z którego pochodzi współmałżonek.

Można byłoby nawet od biedy udowadniać, ze Dania to jakiś dziwaczny przypadek w tej wielkiej, szczęśliwiej rodzinie europejskiej. Ale wbrew intencjom wpływowych mediów coś dziwnego zaczyna się dziać na naszych oczach. Oto, podobnie jak Duńczycy, tak też Holendrzy postanowili głosować na prawicę. Tamtejsza Partia Wolności nagle zaczęła odnosić sukcesy, których przecież nikt (…nikt z establishmentu) się nie spodziewał. Jednak Holendrzy dali wyraźny wyraz temu, że coraz mniej podoba im się przyjmowanie do kraju każdego kto tylko się głosi. Największy sprzeciw dotyczył i nadal dotyczy zwiększającej się liczby ludności napływającej z krajów muzułmańskich. Jednak Holendrzy mówią również zdecydowane „nie” przybyszom z biedniejszych krajów Unii Europejskiej np. z Polski. Nie jest to więc jakiś rasizm, czy niechęć do jednej religii, bo nie liczy się tu ani kolor skóry, ani wyznanie migrantów. Duńczycy i Holendrzy mówią w tej kwestii podobnie – nie chcemy ludności, która nie umie się asymilować i przybywa do naszego kraju jedynie w celu czerpania maksymalnych korzyści osobistych. I tu leży prawdziwy problem.

Europa ma najwyraźniej dość rozrywania jej od środka. Społeczeństwa zaczynają tęsknić do czasów, w których kultura danego kraju budowana była na solidnym fundamencie tradycji narodowych, wypracowanych przez pokolenia zasadach, prawach oraz zwyczajach. Obywatele mają już dość tego, że wokoło powstają osiedla tych, którzy nie tylko nie czują żadnej wspólnoty narodowej ze swymi sąsiadami, ale też nie mają najmniejszego zamiaru zmieniać swoich, przywiezionych z rodzinnych stron tradycji, a przy tym żądają dla siebie specjalnych praw.

W Europie, która miała nie mieć granic, w której miały zacierać się podziały, nagle okazało się, że rosną obok siebie getta zapełnione ludźmi obojętnymi wobec siebie lub nawet wrogimi. Potwierdził to głośny projekt badawczy World Values Survey, w którym socjologowie z całego świata badali między innymi stopień niechęci do osób odmiennej rasy i kultury. Badanym osobom zadawano pytanie, kogo nie chcieliby mieć za sąsiada? Wyniki zaskoczyły socjologów i wskazują na to, że zjednoczona, wielokulturowa Europa to tylko mit, lub pobożne życzenie idealistów. I tak np. we Francji żyje kilkanaście milionów ludzi, którzy nie chcą mieszkać w sąsiedztwie osoby o innym kolorze skóry. Tak, tak! We Francji aż 27 procent respondentów wskazywało, że nie chcieliby mieszkać obok "człowieka innej rasy", dla 43 proc. niepożądanym sąsiadem jest imigrant, czy zagraniczny pracownik. Aż 34 procent nie chce mieć za sąsiada homoseksualisty, a 28 procent nie życzy sobie osób mówiących innym językiem. Cóż to oznacza?

Jak widać na starym kontynencie nie jest ani różowo, ani też tęczowo. Gołym okiem widać, że Europa staje przed nowymi problemami i wyzwaniami. Kto tego nie dostrzega lub udaje, że wszystko „jest cacy” ten zwyczajnie się myli. Oczywiście nadal można udawać, że wszyscy kochamy się i cudowny świat europejskiego „multikulti” trwa nadal ku radości ludzkości. Tylko, że dalsze zamiatanie problemów pod dywan niczego nie załatwi, a można nawet zaryzykować twierdzenie, że będzie gorzej. Znacznie gorzej! Ale to już temat na zupełnie inny wpis.

Na razie powiem tylko tyle, że zanim zaufamy naszym wszystkowiedzącym mediom, to postarajmy się sprawdzić jak jest naprawdę. Może się przecież okazać, że nasza spalona tęcza nie jest niczym wyjątkowym na tle europejskich sąsiadów, z których rzekomo mamo brać przykład w kwestii tolerancji.

Tagi: tęcza
10:52, andreas_faust
Link
poniedziałek, 23 września 2013

Owszem, wiem doskonale, że stwierdzenie, iż cwaniaków u nas nie brakuje to banał. Na każdym kroku natknąć się możemy na zwykłego cwaniaczka, który będzie chciał na nas zarobić wciskając nam jakieś potworny bubel lub też przekonując do wsparcia jakiegoś rzekomo bardzo szczytnego przedsięwzięcia. Ale nie o drobnych cwaniaczkach chcę dziś napisać, ale o tych nieco większych – takich, którzy nie trafią na pierwsze strony gazet, ani nie wycierają bruku wciśnięci na najniższe szczeble cwaniackiej drabiny. Dziś będzie o tych, którzy zawsze są pośrodku – a grupa to chyba największa w całym cwaniackim świecie.

Cwaniak średniego szczebla, cwaniak-średniak. Gdzież go szukać? Jaka to gleba jest najbardziej urodzajna i pożywna dla tego gatunku? Najróżniejsze firmy pełne są cwaniackiej klasy średniej, ale chyba nigdzie zjawisko to nie jest tak doskonale widoczne, jak w samorządach i wszelkiej maści urzędach. Kim jest statystyczny średni cwaniak? Bardzo łatwo go poznać – wystarczy sięgnąć po listę płac i przyjrzeć się cyferkom oraz nazwom stanowisk. Jeśli gdzieś chcemy szukać średniego cwaniaka to właśnie tam – czyli im bliżej korytka, tym cwaniaczkowi cieplej i wygodniej.

Nie poznamy średniaka po sposobie dostania się do pracy, bo z tym bywa różnie. Są tacy, którzy pojawiają się klasycznie tzn. z polecenia krewnego, czy kolegi. Inni będą stawiać na przymioty osobiste, takie jak uroda, umiejętności oczarowania rozmówcy, czy też zasugerowania, że jeśli zostanę przyjęty „to nie będzie pan tego żałował”. Bywają też klasyczne świnie, które za etat płacą twardą walutą lub dupą, ale to banał, więc nie ma co o tym pisać. Najważniejsze jest bowiem nie to jak cwaniak do pracy się dostaje, ale to, co robi kiedy już rozsiądzie się w fotelu. A robi – wbrew pozorom – całkiem wiele!

Ileż musi go wysiłku kosztować staranie się o kolejne profity! Wiele trzeba się nakombinować, aby na liście kandydatów do atrakcyjnej delegacji zająć pierwsze miejsce. Dużo donosicielskiej pracy wykonać, aby zawsze błędy innych były bardziej widoczne. A jak na dni i godziny przeliczyć proces wazeliniarstwa pozwalający uzyskać kolejny awans i podwyżkę? W jaki sposób uprawiać klasyczną spychologię, aby przełożeni ciągle myśleli, że to „delegowanie zadań w dół”? Uff! Wiele z tym wysiłku i całkiem nieźle trzeba się nabiedzić, aby swoje cwaniackie cele doskonale zrealizować. Ale jeśli ma się do tego talent to  nawet największe wyzwania stają się błahostką!

Grunt to umieć stworzyć pozory – „ja panie prezesie to zadanie w jeden dzień wykonam!”, a że później zwalę z siebie wszystkie obowiązki (ups! deleguję zadania w dół!), błędami obarczę tych, których o zdanie nikt nie pyta (i tak im wcześniej donosami zepsułem opinię), czy ukradnę pomysł kobiecie? Nic to dla mnie trudnego – nie takie rzeczy już się robiło! Oto sposób myślenia cwaniaka-średniaka. Najważniejsze to iść do przodu i zawsze chronić tyły, bo „dupochron” to w cwaniackiej branży podstawa.

Wiem, wiem – pisałem o tym wszystkim, ale po prostu musiałem jeszcze raz. Przeraża mnie skala cwaniackiego zjawiska i tolerancja dla tego typu postaw. Dlatego wracam do tematu i wracał będę pewnie nie jeden jeszcze raz. Kiedyś łudziłem się, że wraz z oddalaniem się od obrzydliwych czasów PRL to wszystko będzie zamierało i w końcu przypomnimy sobie co to jest uczciwość, praworządność, etos pracy itp. Niestety, obecnie okazuje się, że postawy cwaniackie zdają się nie tylko nie znikać, ale nawet zdobywają sobie coraz bardziej liczne grono zwolenników. Tak jest przecież łatwiej, prościej i szybciej – do kariery, do pieniędzy, do sukcesu. Cóż z tego, że wszystko to śmierdzi z daleka, że ludzie – przynajmniej ci bardziej uczciwi – widzą i krytykują? Dla cwaniaka liczy się efekt, czyli kolejny rok w fotelu, następna wyłudzona korzyść, załatwiony przetarg, wygryziony z pracy konkurent.

Tracimy na tym my wszyscy, traci kraj i nasza przyszłość. Gdzieś w tym wszystkim gubi się zaufanie do samorządu, do sprawnego, działającego na korzyść petenta urzędu, do pracodawcy, a w końcu i do całego systemu. Kolejni młodzi ludzie wnerwieni na przegniła rzeczywistość uciekają z kraju by szukać przyszłości na Zachodzie. Media pełne są historii o cwanych urzędasach, samorządowcach, czy przedsiębiorcach, którzy napchali sobie kieszenie i wystrychnęli zwykłych obywateli na dudka. Rodzi się przy tym obraz kraju niemożliwości – niemożliwości uczciwego załatwienia sprawy, zdobycia pracy, utrzymania jej. Niemożliwości życia uczciwego, wykonywania swej pracy porządnie w zaufaniu do pracodawcy, który doceni, opłaci i zapewni godziwe warunki. Niemożliwości by trafić na urzędnika odpowiedzialnego, posiadającego wiedzę, doświadczenie i awansującego z uwagi na własne osiągnięcia. Niemożliwości znalezienia radnego, któremu zleżeć będzie na czymś więcej niż wyasfaltowanie swojej własnej ulicy i znalezienie miejskiej bibliotece pracy dla synka nieuka. Niestety, obraz Polski dzień po dniu, godzina po godzinie nasiąka cwaniakiem-średniakiem i zaczyna nim bardzo brzydko pachnieć. Sam mam materiał na solidną książkę opisującą dwanaście lat mojej pracy z takimi ludźmi. Każdy z nas spotyka ich często i chyba coraz częściej. Jeśli nic z tym nie zrobimy, jeśli nie zaczniemy reformować naszego kraju i walczyć ze zjawiskami patologicznymi to czeka nas tylko powolne gnicie i triumf cwaniaka, który już teraz coraz bardziej bezczelnie z nas kpi i pokazuje środkowy palec.

Tagi: cwaniak
18:55, andreas_faust
Link
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
| < Kwiecień 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
Tagi